DEZERTER — Samobójcza Determinacja


May 9th, 2014 by

For our Polish-speaking readers, here is the original version of our interview with the great and legendary DEZERTER from the February issue of MRR, which you can order from our back issues page HERE

Dezerter logo karabin

Czy przesadzę mówiąc, że Dezerter jest najważniejszym zespołem w historii polskiego punk rocka? Bo raz: ma za sobą tę legendarną „jarocińską” prehistorię lat 80-tych, byli prekursorami punk rocka sensu stricte w Polsce, pierwsi wydali punkrockową płytę w tym kraju (epkę w 1983 roku). Dwa: na przełomie lat 80/90-tych byli jedną z głównych inspiracji sceny niezależnej hardcore/punk, choćby dlatego, że to oni już w 1985 roku sami próbowali wydawać swoje kasety i mieli mesydż który dokładnie odpowiadał „scenowemu” mesydżowi lat 90-tych. Trzy: zarówno w latach 90-tych, jak i w XXI wieku, jak żaden (ŻADEN) inny z tych „legendarnych zespołów lat 80-tych” w Polsce, regularnie wydawali nowe udane, ciekawe, inspirujące PUNKOWE płyty i grali znakomite, energetyczne koncerty. I do dzisiaj to robią.

Dla czytelników MRR rozmawiam z Krzyśkiem (perkusja, teksty) i Robertem (wokal, gitara, muzyka) – duetem od początku prowadzącym ten okręt. (Bezkoc / Pasażer)

Dezerter_001

MRR: Polsce rzeczywistość lat ’80-tych oprócz całej swojej uciążliwości, miała pewien plus, wymuszała mianowicie na punkowych zespołach oryginalność. Z racji izolacji od Zachodu było mało wzorów do kopiowania. Czy wy mieliście jakieś punkty odniesienia? Czy zaczynając grać myśleliście „chcemy grać jak UK Subs, jak Blitz, albo jak Crass?

Krzyśkiem: Absolutnie nie. Właśnie z tej przyczyny, że nie było dostępu do zbyt wielu materiałów i nie było komunikacji między zespołami, więc każdy zespół w Polsce rozwijał się zupełnie sam – indywidualnie. I to akurat było super.

Robertem: Oczywiście pewne płyty do nas docierały. Znaliśmy Crass, Blitz, Sex Pistols, Clash, ale zupełnie nie było nastawienia żeby któryś z tych zespołów kopiować. Zresztą płyt z Zachodu było w naszych rękach tak mało że traktowaliśmy je jako ogólną inspirację. One nam pokazywały, że może być zupełnie inna muzyka niż ta znana z polskiego radia.

Krzyśkiem: Informacje i muzyka nawet jeśli docierały, to z opóźnieniem. Nie mieliśmy płyt na bieżąco. Ja na przykład Sex Pistols usłyszałem w 1980 roku, a Crass w 1981 albo 82. Mieliśmy duże opóźnienie w stosunku do Zachodu.

MRR: Czy to nie było trochę tak, że w Polsce trzeba było sobie ten punk rock samu wymyśleć, bo nic nie było podane na tacy?

Krzyśkiem: Właśnie tak. Wiedzieliśmy, że coś się dzieje, natomiast niedokładnie wiedzieliśmy co.

Robertem: Istotne jest, że to była sprawa spontaniczna. Wiedzieliśmy że jest coś nowego, że to jest radykalne, takie oddolne i spontaniczne.

Krzyśkiem: Poza tym nie potrafiliśmy grać na instrumentach więc trudno byłoby nam kopiować zespoły które potrafiły. Mogliśmy się inspirować trendem, który trzeba jednak było dopasować do własnych umiejętności i realiów.

Robertem: To było spontaniczne wykorzystanie nielicznych docierających odprysków tego co gdzieś tam na świecie się działo.

Dezerter_Warszawa 84_MRR

Dezerter — Warszawa 84

MRR: A jeśli chodzi o mesydż? Punkowcy w Anglii buntowali się przeciw trochę innym rzeczom niż punkowcy w Polsce.

Robertem: Owszem, ale na początku było dla nas najważniejsze że jest wściekłość w tej muzyce. A przeciw czemu ona była skierowana, tego nie wiedzieliśmy, bo nie rozumieliśmy tekstów.

Krzyśkiem: Było słychać że to jest sprzeciw wobec systemu. On był zupełnie inny niż system u nas, ale jednak to był system.

MRR: Wydaliście singla w 1983 roku. Niedługo po złagodzeniu warunków stanu wojennego w Polsce. Wiadomo, że to zdarzenie z pogranicza cudu, ale chciałbym żebyście wyjaśnili jedną rzecz która może być dla kogoś spoza Polski kompletnie niezrozumiała. Dlaczego śpiewacie w piosenkach z tego singla „Spytaj milicjanta on ci prawdę powie, spytaj milicjanta on ci wskaże drogę”, albo „kochani nasi bracia, cieszcie się z życia, jak stal płynąca z pieca” etc, a nie o tym jak bardzo nienawidzicie milicjantów i rządowej propagandy?

Krzyśkiem: Mówisz pewnie o recenzji książki o Dezerterze gdzie ktoś napisał że te teksty są naiwne i szczeniackie? Przypuszczam, że jej autor zupełnie nie zrozumiał kontekstu.

MRR: Dokładnie. Trzeba by to wyjaśnić.

Krzyśkiem: Rok ’82 i ’83, kiedy te piosenki były nagrane to był czas kiedy rządziła w Polsce komunistyczna junta wojskowa. Wyrażanie jakichkolwiek antysystemowych treści wprost, otwartym tekstem, nie miało żadnej szansy żeby mogło być gdzieś zarejestrowane, czy opublikowane. Nie było na to żadnej szansy! Studia nagraniowe, wydawnictwa—wszystko były państwowe. Żeby wejść do studia trzeba było mieć zgodę cenzury. Wobec tego jedyne co pozostawało takim zespołom jak nasz to oszukać cenzurę i ten cały państwowy aparat kontroli. Czyli zakpić sobie—zrobić taką piosenkę, którą oni uznają że jest dla nich OK., ale wszyscy inni mieszkańcy tego kraju będą dokładnie rozumieli, że to jest nasza kpina, żart, złośliwość wobec tego systemu. Nam się udało. Nagraliśmy 4 piosenki w czasach kiedy się wydawało, że to jest niemożliwe dla takiego zespołu jak nasz. Ale trzeba było to tak zrobic, żeby urzednicy systemu stwierdzili, że teksty są OK., zaś nasi rówieśnicy wiedzieli, że robimy sobie jaja. To była taka gra z systemem. Co możemy powiedzieć swojego, żeby oni nie zauważyli że to jest przeciwko nim. W tamtym czasie nie nagralibyśmy żadnej otwarcie antysystemowej piosenki. Musieliśmy walczyć z tym systemem jego bronią. Ale system był głupi i dal się nam wtedy oszukać. Niestety tylko raz.

Robertem: Na Zachodzie można było wszystko mówić wprost—u nas nie było można. I trzeba było sobie radzić inaczej. Zresztą takie było nasze założenie, że bardziej nam zależało na pobudzeniu do samodzielnego myślenia niż na nawoływaniu do podejmowania konkretnych akcji. Unikaliśmy działań stricte politycznych na rzecz działań zachęcających do własnej kreatywności.

MRR: To jest w ogóle do dziś cecha Dezertera, że nie wskazujecie „walcz z tym czy walcz z tamtym”, „zrób to czy tamto”, ale pokazujecie „pomyśl o tym, pomyśl o tamtym i wymyśl co z tym zrobić”…

Krzyśkiem: Faktycznie, nie pokazujemy ludziom palcem co mają robić albo czego nie mają robić. Natomiast chcemy zwracać uwagę na pewne rzeczy, sytuacje, zjawiska o których warto mówić. Dzięki takiemu podejściu jesteśmy w stanie zaangażować więcej osób do aktywności, ponieważ ludzie nie lubią jak im się coś rozkazuje, albo konkretnie wskazuje palcem. Ludzie chcą sami decydować. Jak się ludziom podaje coś pod rozwagę i potem o tym sami decydują, to mają świadomość, że to ich decyzje, że to jest ich.

MRR: I w tym podejściu pomogła Wam komunistyczna cenzura… Niezłe… Mieliście z tą cenzurą do czynienia wielokrotnie, ale czy mieliście bezpośredni kontakt z ludźmi którzy decydowali co można a co nie? Rozmawialiście z nimi?

Krzyśkiem: Myśmy do tego urzędu nigdy nie chodzili, zawsze chodził ktoś w imieniu zespołu.

Robertem: Wysyłaliśmy delegata. Zawsze był to nasz kolega który był naszym aktualnym tak zwanym „managerem”.

Krzyśkiem: Choć „manager” to złe słowo… Kojarzy się z branżą muzyczną, a myśmy się jej wystrzegali.

MRR: Jakieś konkretne sytuacje pamiętacie?

Robertem: Przy okazji nagrywania tej pierwszej płytki – tego singla daliśmy do cenzury 20 naszych tekstów, z czego wróciło 4—cała reszta została odrzucona. A i tak z wątpliwością na temat interpretacji. Mieliśmy jeszcze pokazać jak to wykonujemy, ale nie daliśmy im szansy posłuchania gotowych piosenek przed wydaniem, bo mogliby nasz żart przejrzeć.

Krzyśkiem: Głównym cenzorem w Warszawie był facet który pisał książki dla dzieci o ortografii i gramatyce. Ja pamiętam jego książki z dzieciństwa i one były bardzo dobrze napisane, lubiłem je czytać. Dużym rozczarowaniem było kiedy się okazało, że bohater mojego dzieciństwa jest cenzorem, który decyduje czy ja mogę nagrać cokolwiek w życiu czy nie. Mówię „w życiu”, bo w latach 80-tych nie mieliśmy cienia nadziei, że to się kiedyś skończy. Wszyscy przypuszczali, że ten stan komuny wojskowej będzie stały, że tak będzie na zawsze. Dla nas to wyglądało tak, że jak on o czymś zdecyduje to tak już będzie na całe życie. Na szczęście okazało się że system może upaść, albo się przynajmniej trochę zmienić. I wszystkie piosenki napisane w latach 80-tych mogliśmy w końcu poumieszczać na płytach.

Dezerter_Lublin 2012

Dezerter — Lublin 2012

MRR: Pierwszą duża płytę wydaliście w USA dzięki pomocy wokalisty DOA. Jak on Was potraktował kiedy się spotkaliście? Jako jakieś kuriozum? Ciekawostkę?

Krzyśkiem: Nie, nie! To była pełna empatia i zrozumienie z ich strony. Bardzo się przejęli naszą sytuacja. Podeszli do nas po koleżeńsku. Najpierw zagrali koncert w Warszawie, następnego dnia przyszli do nas do klubu Hybrydy gdzie mieliśmy próby. Zobaczyli na jakim sprzęcie gramy, posłuchali naszych opowieści, przejęli się tym. Poczuli do nas chyba sympatię, chcieli nam pomóc. Myślę, że to był ich odruch, żeby nam jakoś pomóc.

Robertem: Chcieli wesprzeć coś co miało według nich sens, ale nie miało w tamtych realiach żadnej przyszłości. A że najbardziej nie mieliśmy szansy na dużą płytę, to pomogli nam ją wydać poza krajem.

MRR: Ostatecznie wydał tę płytę fanzin dla którego rozmawiamy. Co ona dla Was wtedy znaczyła?

Robertem: Bardzo wiele! Okazało się, że zespół z Polski może wydać płytę mimo, że komunistyczny reżim mu tego zabrania. To miało wymiar symboliczny. Dziennikarze w Polsce zgłupieli. Zobaczyli, że jakiś zespół, który mieli w pogardzie, który w Polsce nie miał prawie nic, wydał płytę w Ameryce. To był dla nich szok.

Krzyśkiem: Zwłaszcza, że w Polsce punk rock w 1987 roku opisywało się jako zjawisko dawno minione, bezsensowne i bezwartościowe.

MRR: Też wyjaśnijmy dokładnie tę sytuację. Z jednej strony gracie jako gwiazda festiwalu w Jarocinie dla 20 tysięcy ludzi i wszyscy w tym środowisku, a nawet poza nim, Was znają i szanują, a z drugiej strony nie macie szansy żeby nagrać płytę. Jedyne co możecie zrobić, to gdzieś po nocy, konspiracyjnie, na setkę nagrać kilka piosenek, śpiesząc się, żeby nikt nie usłyszał.

Krzyśkiem: Tak wtedy było. Można było być zespołem znanym w całym kraju i nie móc nagrać płyty. Nawet we współczesnej Polsce jest to niezrozumiałe. Nie wyobrażam sobie dziś zespołu który przez 7 lat grania koncertów, pisania nowych kawałków nie może nagrać płyty. Przecież on by się rozpadł po 2 latach… Nie przetrwałby. My wiedzieliśmy że nic nie nagramy normalnie, a jednak chcieliśmy przetrwać, grać etc. To była samobójcza determinacja. Nie było przed nami żadnej przyszłości, a mimo to upieraliśmy się że będziemy to robić. Kiedy o tym dziś pomyślę, to sam nie rozumiem, jak nam się udało wytrwać tyle lat. Graliśmy kilka koncertów rocznie, bo nie było możliwości grać tras, nie zarabialiśmy na tych koncertach praktycznie żadnych pieniędzy. Dokładaliśmy przez lata 80-te do tego zespołu wszystko co tylko było możliwe… Sytuacja była kompletnie beznadziejna.

Robertem: To ciężko opowiedzieć, bo trzeba by opisać jak wyglądało życie w Polsce w latach 80-tych. Tamte realia były totalnym absurdem i bezsensem. To był prawdziwy no future. Kiedy słyszeliśmy o Sex Pistols którzy śpiewali „no future” i podpisywali kontrakty na miliony funtów, to mogliśmy się z tego tylko śmiać—oni nie musieli się martwić o żadną przyszłość. Prawdziwy no future to my mieliśmy. Bo to, że my nie mogliśmy nagrać płyty to w sumie niewielki problem w porównaniu z tym, że na własne mieszkanie czekało się 40 lat, a samochód był dobrem luksusowym dostępnym praktycznie tylko członkom partii.

Krzyśkiem: Na telefon czekało się 15 lat. Nie było w sklepach gitar. Pałeczki kupowałem na mecie. W takim miejscu w jakim się kupowało nielegalną wódkę. Jechałem na Ochotę do pani która miała nielegalną sprzedaż, m.in. pałeczek do perkusji, które trzymała w piekarniku. To co robiła było nielegalne, więc bała się żeby ktoś obcy tego nie znalazł. Wpuszczała do siebie tylko na hasło. I w kuchni w piekarniku miała pałeczki. Nie wiem czy ktoś w to dziś uwierzy, ale tak było. A Robert sobie robił kostki do gry z okładek notatników, bo kostek też nie było.

MRR: Kiedy graliście koncerty, to ludzie płacili zapewne za bilety, więc kto brał te pieniądze?

Krzyśkiem: Państwo! (śmiech)

Robertem: Na koncertach mogli zarabiać tylko ci którzy zostali zaakceptowani przez system, tzn mieli weryfikacje.

Krzyśkiem: Ci którym minister podpisał papier że są muzykami i mogą dostać honorarium.

Robertem: A nam nie podpisał, więc kasę zgarniały domy kultury i urzędy.

Krzyśkiem: My dostawaliśmy za koncert tyle, że wystarczało na obiad.

MRR: Byliście w Polsce pionierami samodzielnego wydawania swoich nagrań. Wzieliście z kogoś przykład czy to był Wasz własny wynalazek?

Krzyśkiem: Przykład szedł z wolnego świata. Słyszeliśmy że są wydawnictwa punkowe, undergroundowe które robią to samodzielnie. W naszym przypadku to była kulawa kopia, bo mogliśmy to próbować zrobić tylko nielegalnie

Robertem: I to była zupełnie inna skala. Te labele independent czy DIY na zachodzie normalnie tłoczyły płyty. W Polsce absolutnie niemożliwe, bo wszystko to było objęte państwowym monopolem. Jedyne co mogliśmy zrobić to kupić dwukasetowy magnetofon i kopiować kasety, odbijając na xero okładki. Idea była podobna—żeby robić to samemu, ale technologia  zupełnie różna.

Krzyśkiem: Doszło do extremalnego DIY. Mianowicie nasz basista założył taką prywatną działalność, co wtedy nie było proste, i sprowadzał części do kaset. Potem te części składał, skręcał śrubkami, wsadzał do środka taśmy, rolki. A my te taśmy nagrywaliśmy na dwukasetowym magnetofonie i sprzedawaliśmy na koncertach. Ten DIY nie polegał tylko na tym że wydawaliśmy kasety. My te kasety własnoręcznie robiliśmy. To tak jakbyś ty wydając winyla kupował plastik i wytłaczał w piwnicy płyty.

MRR: Ile ten Wasz dwukasetowiec mógł przegrać tych kaset?

Krzyśkiem: Po tysiącu padł.

Robertem: Ale te kasety które zrobiliśmy były dalej kopiowane przez ludzi, więc jeśli myśmy ich zrobili 1000 albo 1200, to potem ludzie dalej je rozmnażali.

MRR: Od razu mi się przypomina widok publiczności na festiwalu w Jarocinie i las trzymanych w reku magnetofonów na które ludzie nagrywali sobie koncerty.

Robertem: To było DIY wymuszone przez rzeczywistość. Nie było szans żeby zespoły takie jak my nagrywały płyty, więc ludzie sobie przynajmniej nagrywali koncerty i przegrywali dalej kolegom. Wtedy ta poczta pantoflowa to był jedyny kanał jakimi nagrania nasze i innych zespołów punkowych, rozchodziły się wśród ludzi. Taka dystrybucja obywatelska.

MRR: Tych kaset wydaliście zdaje się 2 tytuły?

Robertem: „Jeszcze żywy człowiek” to był jarociński koncert z 1984 roku, który niedawno wznowiliśmy na prawdziwych płytach. Oraz „Izolacja” gdzie na jednej stronie był nasz inny koncert z klubu Hybrydy z 1985 roku, a na drugiej była składanka undergroundowych zespołów z Rosji, które ktoś przemycił przez granicę i nie znaliśmy nawet ich nazw. Zrobiliśmy dla nich coś takiego jak Joey Shithead dla nas tylko na mniejszą skalę i zupełnie nielegalnie – wydaliśmy coś czego nie można było wydać w ZSRR.

MRR: Oni mieli jeszcze bardziej przejebane niż my w Polsce.

Krzyśkiem: Dokładnie. Im bardziej na wschód w ten komunistyczny świat, tym bardziej przejebane. Kiedy byliśmy jakiś czas później w Kijowie, jeszcze w Związku Radzieckim, bo w 1988 roku, i kiedy zobaczyliśmy jak tam ludzie żyją, to wydało nam się że w porównaniu z nimi, to my mamy świetne warunki. Dopiero oni mieli przechlapane ze wszystkim.

Dezerter_Torun 84_MRR

Dezerter — Torun 1984

MRR: W odróżnieniu od większość zespołów punkowych z lat 80-tych, dość często robiliście ze swoich koncertów jakiś rodzaj hepeningu. Te akcje bywały dość zaskakujące. Czy ludzie zawsze dobrze na nie reagowali?

Krzyśkiem: Nigdy się nie umawialiśmy że to jest jakieś założenie zespołu. To były zazwyczaj spontaniczne akcje. Ale wydawało nam się że punk rock to nie tylko muzyka, nie tylko piosenki i teksty, ale że to coś więcej. Uważaliśmy, że punk powinien wyrwać się ze schematu, że to powinien być szok nieustający. Zespół istniał już kilka lat i ludzie się przyzwyczaili do tego co mówi i co gra, ale nam zależało, żeby szokować nadal. Nawet swoją publiczność. Żeby ją prowokować i zmuszać do jakiegoś wysiłku intelektualnego. Żeby to co gramy nie stało się sztampą. Możliwe że jako pierwszy zespół w Polsce opierdalaliśmy swoją publiczność. Przynajmniej ja nie znam innego, który by swoich widzów krytykował i prowokował. My to robiliśmy za pomocą: piosenek, performance, za pomocą różnych tekstów rzucanych ze sceny. To trwało przez kilka lat. Ostatni większy hepening był chyba w 1987 roku, kiedy na festiwalu Róbrege zagraliśmy wspólny koncert z Totartem. Grając punk rocka, staraliśmy się złamać schemat zwykłego punkrockowego zespołu. To miało być wyzwanie dla nas ale i dla publiczności. Żeby ona też była zmuszona się nad czymś zastanowić, żeby to nie była zwykła konsumpcja, poskakanie przy fajnych piosenkach. I to się przez dłuższy czas udawało, choć faktycznie nie każdy był w stanie to zrozumieć.

MRR: Takie mam wrażenie, że antysystemowość wielu zespołów punkowych lat ’80-tych w Polsce była antykomunistyczna i po 1989 roku kiedy komunizm upadł, większości z tych kapel wytrącono oręż z rąk. Oprócz Was.

Krzyśkiem: Nie wiem czy tylko nam, ale faktycznie od początku wiedzieliśmy i mówiliśmy że system w Polsce to jest trzymanie ludzi za mordę pod karabinem, natomiast system na zachodzie też trzyma ludzi za mordę, tyle że w inny sposób. Mieliśmy tego świadomość nawet jak mieliśmy 20 lat. Nawet w 1983 roku mieliśmy poczucie że system to jest system, nie ważne jaki on jest. U nas jest taki, jest bardziej dotkliwy, ale na zachodzie też jest, tyle, że się inaczej nazywa i inaczej działa. Wiedzieliśmy, ż zadaniem systemu jest trzymać obywateli za twarz. Za pomocą różnych metod. Inaczej w komunie, inaczej na Zachodzie. W związku z tym jak komuna u nas upadła, to miałem okropny dyskomfort kiedy zacząłem sobie zdawać sprawę, że oto jeden system zastąpiono innym. Bo miałem nadzieje że nawet jeśli po komunie będzie jakiś system, to on złagodnieje, odpuści i że to będzie jakaś potężna zmiana jakościowa na lepsze. Natomiast początek lat 90-tych to były bardzo powolne niedostrzegalne niemal zmiany. W 1990 roku, nagrywaliśmy płytę „Wszyscy przeciwko wszystkim” i mimo, że komuny już nie było, to cenzura wciąż działała. Wciąż musieliśmy zanosić piosenki do cenzury. Komunistyczni generałowie wciąż byli w rządzie. Ta stara komuna, idealnie zaczęła się wtapiać w nowy system. Ale mieliśmy na bieżąco świadomość że tak się dzieje, i chyba nasz przekaz, nasze nagrania, to odzwierciedlały. My nie straciliśmy oręża bo mieliśmy świadomość tego co się dzieje. Bo to kwestia świadomości

MRR: Lata ’90-te były dla Was bardzo płodne: co dwa lata nowa płyta, nowe piosenki i to wszystko na poziomie. Jak znajdowaliście cele?

Krzyśkiem: Lata ’90-te to zaspokojenie głodu po latach ’80-tych. Publiczność miała potrzebę i głód tej muzyki, a my mieliśmy możliwość, żeby w końcu zająć się graniem na całego—tym o czy marzyliśmy od 1981 roku zakładając zespół. Chcieliśmy grać, śpiewać nasze piosenki, grać koncerty, wydawać płyty. W latach ’90-tych w końcu mogliśmy.

Robertem: W latach ’80-tych wydaliśmy bardzo niewiele, więc mieliśmy potencjał, który po prostu wybuchł. To było takie odreagowanie, wypuszczenie tych nagromadzonych emocji. Z bardzo dużą łatwością przychodziło nam wtedy pisanie nowych piosenek i nagrywanie płyt. Mieliśmy też mnóstwo niezrealizowanych starych pomysłów i mnóstwo nowych.

MRR: A jak pojawiły się te nowe wątki w piosenkach Dezertera? Np. kwestie wegetariańsko-ekologiczne? W latach ’80-tych w punk rocku takiej świadomości raczej nie było…

Krzyśkiem: W fanzinach lat ’90-tych często się nas o to pytano… To była ewolucja działania. W latach ’80-tych w PRL-u najważniejsze były prawa człowieka czy raczej ich brak. Kiedy system komunistyczny upadł było już z tymi prawami człowieka trochę lepiej, choć też nie idealnie. Ale pewna wolność ludziom była już zapewniona—taka podstawowa. Teraz można było zacząć myśleć także o wolności dla innych, na przykład właśnie o prawach zwierząt, o ekologii. W latach ’80-tych nie były respektowane nawet prawa ludzi, więc nie było sensu zajmować się prawami zwierząt, aczkolwiek już wtedy interesowaliśmy się wegetarianizmem. Dopiero w latach ’90-tych miało sens, żeby o tym mówić, myśleć, śpiewać.

MRR: Chyba całkiem często zdarzało wam się wtedy popierać różne ekologiczne inicjatywy?

Robertem: Współpracowaliśmy z Frontem Wyzwolenia Zwierząt, z Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot.

Krzyśkiem: Ale też nie mieliśmy nigdy ciśnienia, żeby się pod konkretnymi działaniami podpisywać, to wynikało ze spontanicznych sytuacji.

Robertem: Ale zdarzały nam się koncerty w obronie lasów Abramowskich, jakieś „dni przeciwko futrom”.

Krzyśkiem: Z tym, że raczej staraliśmy się popierać idee niż konkretne organizacje czy akcje. Najczęściej były to nasze personalne kontakty z konkretnymi ludźmi. Był ekologiczny „Zielony Festiwal” w Warszawie organizowany przez naszego kolegę, to tam graliśmy.

MRR: Nowym wrogiem Dezertera stały się multikoropracje, japiszoński styl życia propagowany mocno w połowie lat ’90-tych, zachłyśnięcie się zarabianiem kasy i supermarketami…

Krzyśkiem: Po prostu pojawiły się nowe tematy których nie było w latach ’80-tych i my je próbowaliśmy opisać, zareagować na nie, nazwać, zwrócić uwagę na to co według nas było istotne w danym czasie.

MRR: A nie kusiło Was nigdy żeby pójść w tym kierunku? W tym sensie, że wielu ludzi, czy zespołów, które w latach ’80-tych stały w podobnej pozycji co Wy, w latach ’90-tych albo zostali katolikami, albo zaczęli występować w talk show i reklamować telefony komórkowe.

KRZYŚKIEM: Nie! Nie kusiło nas nigdy żeby zostać katolikami! (śmiech) Nie chcieliśmy też nigdy występować w talk showach! (śmiech)

MRR: Ale wiesz o czym mówię. Zespoły Kult czy T.Love w roku 1985 grały na tych samych koncertach co Wy, a teraz są typowymi gwiazdami rocka. A Wy nie.

Krzyśkiem: Niektórzy podjęli takie decyzje w momencie kiedy się te systemy zmieniały. Sam się czasami zastanawiam czy my nie podjęliśmy złych decyzji. My zostaliśmy ortodoksami i dziś, po tych 20-latach trochę jesteśmy w dupie, tzn. goli i weseli. Natomiast oni wybrali inną stronę mocy i dzisiaj nie są w dupie… (śmiech). To jest moje cyniczne podejście, bo WIEM, że ja bym innych decyzji w życiu nie mógł podjąć. Natomiast z perspektywy czasu mam takie poczucie kpiny, że „może warto było jakiś przebój nagrać”. Ale trudno, wybraliśmy jak wybraliśmy. To jak się nasze losy potoczyły, świadczy tylko o naszej uczciwości, oraz o tym że to nie my udawaliśmy, tylko, że oni udawali. Udawali underground, a potem garściami zaczęli czerpać z mainstreamu.

MRR: Ale też nie wszyscy widzą to tak jednoznacznie, bo jak się pojawiła ta scena hardcore/punk, której na polskim gruncie jesteście ojcami chrzestnymi, to ona bardzo wiele przejęła z tego co wy robiliście, ona was mocno krytykowała. Jak na nią patrzyliście?

Krzyśkiem: Scena nie do końca sobie radzi z takimi zespołami jak my. Takimi które wyszły z piwnicy i nie grają dla 50-ściu osób. My wyszliśmy z piwnicy do pomieszczeń gdzie może być 500 osób. Wskoczyliśmy o jeden poziom wyżej. Na Zachodzie jak mi się wydaje nie ma z tym problemu, ale w Polsce był to dla sceny kłopot.

MRR: Wtedy Wam się od sceny dostawało. To jest o tyle zabawne, że rozmawiałem niedawno z Pawłem Konnakiem, który w 1994 nakręcił film o Was i on mi powiedział, że Wy byliście bardzo kłopotliwi dla niego ze swoim chronicznym i—doprowadzonym jego zdaniem do absurdu – dbaniem o swoją punkową cnotę.

Krzyśkiem: Tak było. Dbaliśmy o swoją cnotę, a mimo to byliśmy krytykowani. Mało komfortowa sytuacja dla nas… Mogę powiedzieć taKrzyśkiem: My byliśmy w porządku w stosunku do własnych przekonań, założeń i tego co robiliśmy. A na to jak to jest odbierane przez innych to już nie mamy wpływu.

MRR: Macie taki ciekawy zwyczaj że nagrywacie swoje płyty za swoje pieniądze i tylko dajecie różnym wydawcom licencje na nie. Czy to jest efekt złych doświadczeń?

Robertem: Raczej spełnienie marzeń, żeby to co robimy należało do nas. Z jednej strony mamy pełną kontrolę nad tym jak to wygląda. Robimy produkcje które mają poziom jaki akceptujemy ale nie mogą też być jakoś super kosztowne. I to też daje satysfakcje.

MRR: Jesteście bardzo krytyczni wobec komunistycznych ciągotek, które, z różną siłą, ale się wciąż pojawiają na Zachodzie, na scenie punkowej i nie tylko.

Krzyśkiem: Ktoś kto nie żył w komunie nie jest w stanie tego ocenić. Jeżeli ktoś z Europy Zachodniej mówi, że komunizm jest OK, to jest to zwyczajnie śmieszne. Nie ma o czym gadać.

MRR: Krytykowałeś koszulki z Che Guevarą.

Krzyśkiem: Nie popieram symboli, które komuś się mogą wydawać symbolami wolności, a tak naprawdę są ewidentnymi symbolami zamordyzmu i totalitaryzmu. Che Guevara jest równy Stalinowi i Leninowi. Może nie zabił aż tylu ludzi co ci dwaj, ale pewnie tylko dlatego, że nie zdążył. Sporo jednak zabił.

MRR: Przez 30 lat nagraliście całkiem sporo tych płyt, one się różnią od siebie, inaczej brzmią etc, ale wszystkie obracają się w kręgu punk rocka. Nie macie płyty która muzycznie i mentalnie by nie była punk rockowa. Pytanie brzmi dlaczego nigdy nie nagraliście żadnej płyty z soft metalem, poezją śpiewaną czy rockiem symfonicznym?

Krzyśkiem: (śmiech). Pozwolisz, że nie odpowiem na to pytanie bo nie potrafię.

Robertem: Hmm, Są różne pomysły na muzykę i styl, ale żaden z tych które wymieniłeś nie jest nasz. (śmiech).

Leave a comment

Comment moderation is in use. Please do not submit your comment twice -- it will appear shortly.